tygodnik opoczyński
Ogłoszenia
Wyróżnione
ODTRUCIA alkoholowe, tel. 690-690-079, ...
czytaj dalej »

ZATRUDNIĘ pracownika z doświadczeniem do montażu ...
czytaj dalej »

UROLOG Dr N. Med. K. DĄBROWSKI, USG. WAZEKTOMIA ...
czytaj dalej »
Baza firm
 
Aktualności

 Wejście na szczyt

 
O tym wejściu powiadomił nas ojciec zdobywcy najwyższego szczytu Europy Roberta Taczykowskiego – Stanisław. Również przez niego poprosiliśmy o relację z tej niebosiężnej wędrówki



Autor na szczycie


Na pytanie: dlaczego drapiesz się na szczyt, dobry aplinista odpowie – bo jest. Włodzimierz Wysocki śpiewał, że lepsze od gór mogą być jedynie góry na które jeszcze nie wszedł.
Góry są moją ogromną pasją (chodzę po nich, dzięki rodzicom od 3 roku życia). Mogę o nich mówić godzinami. W Internecie znalazłem sporo informacji o wejściu na tę górę, ale część z nich powinna zająć miejsce na półce obok bajek Brzechwy. Pozostałe też są mocno zdeaktualizowane.
Pomysł wyjazdu na Blanca padł rok temu, podczas zimowego wyjazdu w Tatry. Pojechałem tam wraz z moimi przyjaciółmi: Szymonem z Łodzi oraz Ukraińcem Igorem, obecnie warszawiakiem. Tatry zimą zafascynowały nas. Porażające panoramy, brak ludzi i wytyczonych szlaków. Stwierdziliśmy, że trzeba coś z „tym” dalej zrobić. Od razu w naszych głowach zapaliły się żaróweczki z napisami Matterhorn, Elbrus, Blanc. Na Matterhorn chyba trochę za wcześnie, Elbrus trochę za daleko i trudniejszy logistycznie (wizy, dojazd, zapas jedzenia itd.) Mont Blanc wydawał się idealny – ucywilizowany (schroniska i ratownictwo na wysokim poziomie) i prestiżowy.
Zdążyłem wrócić z podróży motocyklowej z Norwegii gdy zadzwonił Szymon z retorycznym pytaniem: – Jedziesz za tydzień na Blanca? Wyjechaliśmy samochodem Igora w niedzielę, 18 lipca. W poniedziałek rano byliśmy już w Chamonix. Wszyscy pierwszy raz w Alpach – kształty jakby znajome, ale rozmiar. Cholera – spore. Z Chamonix kolejką linową wjechaliśmy na Aiguille du Midi (z 1030 na 3842 m n.p.m.). Mieliśmy spędzić noc w pobliskim schronisku, aby się zaaklimatyzować. Jak się okazało był to bardzo dobry a wręcz konieczny ruch. Wszyscy troje po wjechaniu na górę poczuliśmy się jak na niezłym rauszu. Potrzebowaliśmy 30 minut, aby w ogóle zacząć myśleć o wyjściu do schroniska. Na górze temperatura spadła poniżej zera (w Chamonix było +27 stopni C) i wszystko pokryte jest lodem i śniegiem. Poruszanie się poza stacją kolejki bez raków może skończyć się bardzo łatwo ponowną wizytą w Chamonix na oddziale intensywnej terapii (i to w tym optymistycznym wariancie).
Po nocy spędzonej na 3800 m n.p.m. z Szymonem czuliśmy się świetnie, czego nie można było powiedzieć o Igorze. Bóle głowy, problemy żołądkowe, sercowe, krwotoki z nosa i tak już pozostało do końca pobytu w górach. Do aklimatyzacji nie da się przygotować wcześniej. Igor był kondycyjnie najlepszy z nas – dużo biegał, jeździł na rowerze i pływał intensywnie wiele miesięcy przed wyjazdem. Ale każdy organizm aklimatyzuje się inaczej.
We wtorek udaliśmy się kilkanaście kilometrów dalej do Le Fayet, gdzie tramwajem Mont Blanc udaliśmy się w głąb doliny, pod lodowiec Bionnassay. Z tego miejsca zaczyna się tzw. droga normalna na szczyt. Całą drogę pokonać pieszo. Jest to wariant tańszy, ale potrzeba dodatkowego dnia. Doszliśmy do schroniska Tete Rousse (3167 m). Nie mieliśmy rezerwacji, ale udało się dostać trzy miejsca – jak się później okazało za sprawą frontu atmosferycznego, który nieubłaganie nadciągał nad Alpy i wszystkich skutecznie wyganiał na dół. Poszliśmy pod Wielki Kuluar, który spod schroniska robił wrażenie pionowej ściany wysokości 700 m. To jednak nie wysokość Kuluara nas przerażała a sławny trawers przez żleb nazwany przez nas pieszczotliwie aleją snajperów. W żlebie zalega śnieg, lód okraszone luźnymi kamieniami przykrywającymi wszystko. Przejście umilają kamienie zrzucane przez ludzi czy zwierzęta. Wiedzieliśmy o spadających kamieniach, ale to co zobaczyliśmy przeraziło nas. Żlebem szły regularne lawiny kamieni wielkości od pudełka zapałek do mikrofalówki. Rozsiedliśmy się wygodnie na pobliskim wzniesieniu, obserwując, jak na filmie katastroficznym, zmagania innych. Matka natura szybko wyprostowała naszą postawę rzucając, w naszym kierunku dwa głazy, które o metr minęły głowy i roztrzaskały się na pobliskich skałach. Tego dnia góra zebrała swoje żniwo raniąc troje ludzi (zostali ewakuowani helikopterem). Nasz plan na Kuluar był prosty, wychodzimy jak najwcześniej, kiedy na szlaku nie ma ludzi, a kamienie związane są przez śnieg i lód (wytapiany w południe). Plan zadziałał świetnie – z góry sypały się tylko pojedyncze, małe kamyki – jedyny minus to wszechobecne oblodzenie, ale od czego są raki. Żleb można przejść asekurując się, bowiem w jego poprzek została powieszona metalowa lina. Niestety jest bardzo wysoko – aby się do niej wpiąć potrzeba 10–15–metrowej ląży). Sam Kuluar nie przysporzył nam większych problemów, trudność porównywalna do tej z Orlej Perci w Tatrach. Główne niebezpieczeństwo to luźne kamienie. Na samym szczycie Kuluara znajduje się schronisko Gouter (3817 m n.p.m.). W środku rozgorzała dyskusja – Co dalej. Prognoza nie była zachwycająca, już po południu miało przyjść załamanie a poprawa była zapowiadana dopiero na sobotę. Nie mogliśmy tyle czekać – opcje były dwie, schodzimy albo ryzykujemy.
Wiedzieliśmy, że Mont Blanc obytym z wysokimi górami zimą nie przysporzy znacznych trudności. Przy dobrej pogodzie. Przy złej sytuacja zmienia się diametralnie. Biorąc pod uwagę, że na szczyt wychodzi się o 2 w nocy, w zupełnych ciemnościach, a szlak nie jest w żaden sposób oznakowany, przy zamieci nawet dla doświadczonego alpinisty sytuacja może być bardzo groźna. My mieliśmy tylko mapę, która w takich warunkach jest całkiem bezużyteczna. Dodatkowe zagrożenie to szczeliny lodowcowe – są już niemal mityczne w literaturze górskiej i nawet bardzo doświadczeni himalaiści (ostatnio Piotr Morawski) tracili w nich życie. Przysypane cienką warstwą śniegu stanowią zabójcze pułapki.
Decyzja zapadła. Idę z Szymonem, Igor ledwo się ruszał po schronisku. Nasz szelmowski plan polegał na trzymaniu się jak najbliżej dwóch przewodników górskich, którzy wprowadzali na górę po dwie osoby.
Godzina 1.30 czwartek, pobudka. Plecaki spakowane, termosy z gorącą herbatą czekają w jadalni. Niestety ku naszemu zdziwieniu przewodników nie było. Szybkie śniadanie i biegiem na zewnątrz. I tu kolejne zdziwienie – wszystko w chmurach i bardzo zimny wiatr podrywający kryształki lodu z ziemi. Związaliśmy się szybko liną i podążyliśmy „w stronę światła” a właściwie światełek czołówek widocznych na ścianie Dome du Gouter, daleko przed nami. Pędziliśmy ile sił wymijając po drodze wszystkie zespoły. Wiedzieliśmy, że musimy dogonić czołówkę, bo tam idą najsilniejsi i najlepsi – gdyby oni zawrócili my, zrobilibyśmy to samo bez sekundy zastanowienia. Stwierdzenie pędziliśmy jest mocno przesadzone. Tak naprawdę każdy krok był strasznie męczący, a im wyżej, tym gorzej. Obiektywnie rzecz biorąc wszyscy tam „wloką się jak ślimaki” a my byliśmy najszybszymi ślimakami w stawce. Na wysokości 4362 m minęliśmy Vallot – blaszany barak, ostatnią deskę ratunku w drodze na szczyt w przypadku załamania pogody. Od tej wysokości, jak to Szymon stwierdził, ktoś mu zakręcił kurek od paliwa i coraz częściej zatrzymywała mnie napięta lina z nim na końcu. Siły jednak dodawał nam olbrzymi biały kopiec, który od czasu do czasu wyzierał z chmur. Podejście było strome a wiatr nabierał na sile. W końcu jednak weszliśmy na szczyt. Ręce nam opadły. Przewodnicy poszli dalej, wchodząc na bardzo stromą śnieżną grań, zaś w tle majaczyła olbrzymia biała maciora (jak to ładnie określił Szymon). Przejście przez śnieżną grań to było najbardziej stresujące 30 minut podczas całej wyprawy. Miejsca na niej wystarczało na postawienie dwóch stóp obok siebie, a ściany z jednej i drugiej strony spadały niemal pionowo w dół, wyhamowanie na takiej ścianie nawet z czekanem graniczyło z cudem. Najgorszy jednak w tym wszystkim był porywisty boczny wiatr, który gwałtownymi podmuchami wytrącał nas regularnie z równowagi. Wiedzieliśmy, że w przypadku, gdy jeden z nas zostanie zdmuchnięty z grani, drugi natychmiast musi skoczyć na przeciwną stronę, robiąc przeciwwagę na linie – inaczej obydwoje zwalimy się jakieś 400 m w dół. Teorię znaliśmy, praktyki nie chcieliśmy doświadczać.
Wypruci fizycznie i psychicznie przemrożeni do szpiku doszliśmy do grupki osób. Myśleliśmy, że zdarzyło się najgorsze – zawracają – ale nie, to był już szczyt D. Gdyby nie oni pewnie poszlibyśmy dalej. Dookoła nic nie było widać, dmuchał przeraźliwie zimny wiatr. Jeden z przewodników pokazał zegarek z altimetrem – wskazywał 4817 m (pewnie jakieś przekłamanie ciśnienia), rzuciłem też okiem na temperaturę – 35oC (3800 m niżej było prawie 50 stopni więcej). Szymon postanowił założyć coś cieplejszego, bo zmarzał, ja w plecaku szukałem termosu. Jak się wkrótce okazało pokazy mody zimowej na Blancu w wykonaniu Szymona nie były najszczęśliwszym pomysłem. Nie był w stanie zapiąć z powrotem uprzęży. Męczyliśmy się z jej zapięciem kilka minut, w trakcie których Szymon odmroził sobie palce, zdejmując na 30 sekund rękawiczki (czucia w czubkach nie odzyskał do końca wyjazdu). Gdy zapięliśmy już uprząż na tyle, aby nie spadła mu z tyłka, ku naszemu zdziwieniu stwierdziliśmy, że na szczycie jesteśmy sami.
Scenariusz był nam już dobrze znany – biegiem za grupą. W Vallocie trochę się rozgrzaliśmy – wypiliśmy zapas herbaty z termosów i już spokojnym tempem ruszyliśmy do schroniska. Wiatr ucichł, chmury się podniosły a góry spowiła bursztynowa poświata poranka (trąci grafomanią, ale tak było – mam zdjęcia). Góra do końca nas nie oszczędzała, całą drogę powrotną towarzyszył nam grad, śnieg i wiadra wody lejącej się na nas z góry. Pogoda była na tyle fatalna, że odwołano tramwaj, o czym informowała mała karteczka napisana ręcznie po francusku oczywiście. Po godzinie oczekiwania wraz z innymi zdezorientowanymi turystami ruszyliśmy wzdłuż torów pieszo. Taka mała dygresja – Francuzi mówią w każdym języku pod warunkiem, że jest to język francuski – nawet jak mówią po angielsku bez znajomości francuskiego ciężko się domyśleć o co im chodzi. Z informacji praktycznych o czym nie wspomniałem – w Alpy koniecznie trzeba jechać z ubezpieczeniem – akcje ratunkowe są płatne i cholernie drogie.


Robert Taczykowski   

Artykuł ukazał się w wydaniu nr 31 (682) z dnia 6 Sierpnia 2010r.
 
Kontakt z TOP
Tomaszów Mazowiecki - baza wiedzy Biuro ogłoszeń
oglotop@pajpress.pl

Tomaszów Mazowiecki - baza wiedzy Dział reklamy
tel: 44 754 41 51

Tomaszów Mazowiecki - baza wiedzy Redakcja
tel: 44 754 21 21
top@pajpress.pl
Artykuły
Informator
Warto wiedzieć
Twój TOP
TIT - rejestracja konta Bądź na bieżąco.
Zarejestruj konto »